Bywają sprawy, w których w gruncie rzeczy wcale nie chodzi o skazanie. Przykładowo, stosunki sąsiedzkie i regularne spuszczanie ze smyczy psa, żeby ze stoperem w ręku liczyć, w jakim czasie sąsiad dobiegnie do swojej klatki. Albo uporczywe nękanie polegające na krążeniu samochodem wokół bloku byłej partnerki niczym sęp nad rozkładającą się padliną. Uchylanie się od obowiązku alimentacyjnego wobec wspólnych dzieci z jednoczesnym wożeniem się na wakacje z nową, młodszą żoną. Uzyskanie wyroku skazującego może przynieść satysfakcję i wiarę w sprawiedliwość, jednak doprowadzenie do jego wydania zawsze trochę trwa. Sam wyrok skazujący można co prawda powiesić nad łóżkiem i odtrąbić triumf Temidy, niewiele poprawi to jednak w sytuacji sąsiada sprintera czy porzuconej żony w czasie trwania postępowania, którzy będą odpowiednio: jeszcze szybciej biegać i jeszcze skrupulatniej doglądać finansów. Warto więc zastanowić się nad mediacją.
Mediacja w sprawach karnych
Mediacja w sprawach karnych dopuszczalna jest zarówno na etapie postępowania przygotowawczego, jak i sądowego. Innymi słowy, można w niej uczestniczyć zarówno przed, jak i po wniesieniu aktu oskarżenia. W praktyce, organ prowadzący postępowanie przygotowawcze, a później Sąd lub referendarz sądowy kierują sprawę do mediacji wyłącznie za obopólną zgodą stron. Jeśli więc lubisz przeżuwać zemstę dłużej, zgódź się na mediację, a potem się z niej wycofaj. Twoje prawo. Najlepiej burząc w ten sposób wakacyjne plany byłego partnera.
Jak wygląda mediacja?
Stawiacie się w siedzibie mediatora, który (UWAGA) nie musi wcale być prawnikiem. Jeśli jednak zamiast pogadanki o życiu i moralności chcecie załatwić sprawę sensownie i sprawnie, warto wybrać kogoś, komu znany jest Kodeks karny. Pozwoli to na takie ustalenie zawartości ugody, aby jej treść mogła znaleźć się w wyroku sądowym lub, w przypadku umorzenia postępowania, nadawała się do wykonania. Nie każde bowiem zobowiązanie sprawcy może zostać wciągnięte do orzeczenia kończącego sprawę, a bez tego, sama ugoda mediacyjna pozostaje wyłącznie, mającym walor dokumentu prywatnego, świstkiem. Dlaczego warto? Jak zwykle: czas, nerwy i kasa. Primo, ustawodawca daje Wam miesiąc na dogadanie się w spornych kwestiach. To dużo krócej niż oczekiwanie na pierwszy termin rozprawy. Secundo, spotykacie się poza sądem, w obecności osoby postronnej i jako bonus możecie przytargać swoich obrońców czy pełnomocników. Prawie jak na przyjęciu u cioci. Tylko że zamiast cioci jest mediator. Równie pomocny jak ciocia. No i najważniejsze (przynajmniej z perspektywy sprawcy) – kasa. Koszty mediacji ponosi Skarb Państwa. Czyli bawimy się na koszt podatników.
Oczywistym jest, że mediacja możliwa jest wyłącznie w tych sprawach, w których występuje pokrzywdzony. Gdy więc go nie ma, a podejrzany czy oskarżony pragnie jak najszybciej zakończyć sprawę, pozostaje mu dobrowolnie poddać się odpowiedzialności karnej, licząc na łagodniejszy wymiar kary.
