W największych miastach Polski przynajmniej kilka razy w tygodniu ludzie wznoszą do góry świeczki, protestując w obronie Sądu Najwyższego. Z drugiej strony, wśród tych, którzy zostają w domach albo przechodzą obojętnie obok skandujących tłumów/grupek (zależy, która telewizja transmituje akurat Łańcuch Światła) słychać zaś pytania, po co nam Sąd Najwyższy, skoro i tak nie ma on wpływu na nasze życie. A skoro nie ma, to o co to całe halo? No właśnie, czy naprawdę nie ma? I po co nam wszystkim ten Sąd?

Jeżeli kiedykolwiek uczestniczyliście w sprawie sądowej w charakterze strony, na pewno dzierżyliście w dłoni uzasadnienie wyroku. Nie spotkałam się nigdy z wyrokiem wolnym od przypisów, w których sąd rejonowy, okręgowy czy apelacyjny nie powoływałby się na orzeczenia Sądu Najwyższego. Ok, cytaty cytatami, ale co to ma do mojej sprawy? Wiecie, jak wygląda praca prawnika, niezależnie od tego, czy nosi czerwony, zielony czy niebieski żabot? Na początku otwiera program zawierający zbiór aktów prawnych. Następnie szuka przepisu, który jest mu potrzebny w danej sprawie. A potem przeczesuje zbiór orzeczeń Sądu Najwyższego, który albo rozstrzygał w sprawie o choć trochę zbliżonym stanie faktycznym albo zinterpretował konkretny przepis w taki sposób, aby biedny adwokat, radca lub prokurator wiedział, w jaki sposób powinien zabrać się do aktualnie przerabianego tematu. Co robi sędzia wydający wyrok czy postanowienie w Twojej sprawie? Działa dokładnie w ten sam sposób. Wertuje internety. Tylko od normalnego człowieka różni się tym, że wie, po co je wertuje i co konkretnie chce w nich znaleźć, żeby pomóc zarówno sobie w wydaniu rozstrzygnięcia, jak i swojemu pisemnemu uzasadnieniu w przekonaniu Sądu wyższej instancji, że postąpił słusznie, wydając takie, a nie inne orzeczenie. Jeśli więc zastanawiasz się, jaki wpływ ma Sąd Najwyższy na Twoje życie, to odpowiedź brzmi – kształtuje sposób myślenia osób zaangażowanych w Twoją sprawę.

Wyroki Sądu Najwyższego często są publikowane i dla łatwiejszego ich przeglądania, skracane do tzw. tezy. Czyli: sędzia sprawozdawca (ten, na którego biurko trafiła dana sprawa) rozpisuje się na kilkanaście stron na jej temat, a następnie wyjmuje z treści kilka najważniejszych zdań, które w krótki sposób ujmują jej istotę. To właśnie najczęściej ta teza jest kopiowana i umieszczana w uzasadnieniach Sądów, które powołują się na nią wykazując, że ich orzeczenie jest słuszne, bo w taki sam sposób orzekł wcześniej Sąd Najwyższy. I choć orzeczenia Sądu nie są w naszym porządku prawnym obowiązującym prawem, to jednak, pełniąc rolę głosu przewodniego wskazującego, w jaki sposób powinniśmy stosować dany przepis, pomagają w jego wykładni. Czy sędzia orzekający w Twojej sprawie może orzec inaczej niż Sąd Najwyższy? Oczywiście! I właśnie na tym m. in. polega jego niezawisłość, że może prawnie pohulać do woli. Jednak najczęściej tego nie robi. Dlaczego? Bo docenia Sąd Najwyższy i ludzi, którzy w nim orzekają. Bo wie, że aby się tam znaleźć, trzeba nie tylko wysłużyć swoje w sądach rejonowych, okręgowych i apelacyjnych, ale oprócz doświadczenia zawodowego posiadać też umiejętność komunikatywnego wykładania naprawdę trudnych tematów. A także być niepodatnym na wszelakie wpływy. Nie bez przyczyny najlepszymi wykładowcami są sędziowie, a w szczególności sędziowie Sądu Najwyższego, którzy prowadzą szkolenia zarówno dla innych sędziów, jak i adwokatów, prokuratorów czy radców. To ludzie, którzy potrafią przez kilka godzin opowiadać o najtrudniejszych zagadnieniach prawnych w taki sposób, że człowiekowi chce się słuchać, bo nagle przepis, który został napisany po chińsku, staje się oczywisty w interpretacji. Dlatego, jeśli mądre głowy rozstrzygnęły już dany problem, nie ma sensu wyważać raz otwartych drzwi. Sąd Najwyższy pełni więc swoistą rolę pochodni, od której odpalają się Sądy powszechne. Jeśli więc kiedykolwiek oddasz pod osąd swoją sprawę, bądź pewien, że Sąd Najwyższy pośrednio będzie maczał palce w jej wyniku. Właśnie dlatego, że zarówno sędzia prowadzący sprawę, Twój mecenas, jak i pełnomocnik drugiej strony zanurzą się w czeluściach internetów, aby sprawdzić, czy SN nie zajmował się kiedyś czymś podobnym. A następnie zastosują znalezione rozwiązania na Twoim podwórku.

To jednak nie jedyna funkcja SN-u. Załóżmy, że złożyłeś apelację od niekorzystnego dla siebie wyroku, przedstawiając koncepcję tego, w jaki sposób powinno się rozstrzygnąć Twoją sprawę. Akta trafiają na stolik, dajmy na to, Grażyny z wydziału odwoławczego, która czyta je wzdłuż i wszerz, ale wciąż nie wie, która strona sporu ma rację. Gdy czyta Twoje pisma, wydaje jej się, że ma to sens, ale jak tylko kończy lekturę pism strony przeciwnej, szala sprawiedliwości przechyla się na stronę przeciwnika. Idzie więc do pokoju obok, do, powiedzmy, Krystyny, której przedstawia nurtujący ją problem prawny. Ale Krychna zwraca jej uwagę na to, że do tematu można podejść też od zupełnie innej strony. Dziewczyny nie bardzo wiedzą, racja której z nich jest jedyną słuszną, więc wołają trzeciego sędziego, Ryśka, który także pochyla się nad tematem. Rysiek wylatuje z kolei z kolejną koncepcją, której nijak nie można pogodzić z pomysłami dziewczyn. Zasadniczo, wszystkie trzy stanowiska można uzasadnić i każde z nich dałoby się obronić, ale tak się składa, że zarówno Graża, jak i Krystyna i Rysiek to ludzie, którzy chcą swoją pracę wykonywać jak najlepiej, a przy okazji, nie pokrzywdzić interesów żadnej ze stron. Zwracają się więc z apelem o pomoc w rozwikłaniu sporu do Sądu Najwyższego. Droga Redakcjo, piszą, Graża nie udźwignęła tematu, Krycha soczyście wypunktowała braki w jej rozumowaniu, zaś Rysiek bezradnie rozłożył ręce, dorzucając jeszcze swoje trzy grosze. Rozstrzygnij ten spór i powiedz, które z nas wygrywa punkcik i dlaczego. I wtedy wchodzi on, Sąd Najwyższy, cały na biało i ratuje sytuację. Zwołuje swoich sławetnych kolesi. Zapoznają się z aktami sprawy, analizują stanowiska Sądu, który zwrócił się do nich z zagadnieniem prawnym (bo tak oficjalnie nazywamy rozkiminy Grażyny, Krystyny i Ryśka), a następnie kiwa z politowaniem głową: nie przejmuj się, Grażka, ta sprawa wcale nie była oczywista, a tutaj dzieci macie odpowiedź. Tym sposobem Sąd, który zadał pytanie prawne, może znowu spać spokojnie, bo teraz już dokładnie wie, w jaki sposób powinien postąpić względem Twojej apelacji.

A teraz idź i głoś, że to, kto zasiada w Sądzie Najwyższym, nie ma dla Ciebie znaczenia. Że może tam siedzieć ktokolwiek, bo to i tak nie ma wpływu na Twoje życie. Parafrazując odpowiednio klasyka, czego lub kogo bronicie? Samych siebie bronicie.